no i w piątek byłem na akupunkturze - dwie igły w kręgosłup, jedna pod kolano, trochę pocierpiałem, ale wybiegłem żwawo, jak zwykle w weekend zapakowali mnie do samochodu i pojechaliśmy do ich stadniny - od dużych zwierzaków - koni - trzymam sie z daleka od czsu, kiedy "kopnęło" mnie ogrodzenie - wolę trzymać się z daleka, ale mam ,umpla w moim kolorze - mówą, ża to kot, ale ja go lubię i namiętnie liżę, po sesji lizania KOWBOJ -tak ma na imię, ucieka na wyższe poziomu, które są niestety dla mnie już niedostępne, wymieniamy więc tylko komunikaty werbalne.
Ale wracając do moich wspomnień z dzieciństwa, chyba byliśmy na działce u Babci - potem zabrali mnie do nowego Domu - dla nich też był nowy - wszędzie poustawiali kartony, żeby mnie powstrzymać - przeskoczyłem je na początku. Dom był fajny - oni chodzili też na górę, ale mi zastawiali wejście płotkiem. Spacery były odlotowe - na "psim polu" stał jacht pełnomorski - czasami przy wieczornym spacerze wyłaniał się z niego pan budowniczy, co było bardzo surrealistycznym przeżyciem. Później zniknął jacht, pole podzielili na działki, wybudowały się domy, teraz buduje się osiedle i moje psie pole znikło. Ciągnę czasami Pancia, żeby popatrzeć co tam robią, ale to tylko hałas i światła na budowie nad ranem. Tak jest teraz, ale przez 10 lat było to Moje psie Pole. Ilu kumpli tu poznałem, spotykaliśmy się prawie codziennie, teraz trudno już do nich dotrzeć - każdy zmienił swoją trasę. Ale ja jestem wytrwały, ciągnę Pancia, żeby obejżeć postęp robót - za chwilę będzie tu osiedle ze 130 szt mieszkań - ile to nowych psów przyjdzie ? Może jakieś młode suczki ?
poniedziałek, 31 października 2011
piątek, 28 października 2011
reaktywacja
to już dzisiaj - po spacerku, a raczej człapanku porachowałem na pazurkach i wyszło mi, że dziś jest wizyta u naszego chińskiego weterynarza. Od półtora miesiąca kuruja mnie akupunkturą. Wysiadły mi stawy i już prawie nie mogłem chodzić, przestałem jeść, żeby się nie wypróżniać i musieli wywlekać mnie na zewnątrz. Aż w końcu wpakowali mnie do samochodu i pojechaliśmy niedaleko do nowego doktora. Ten wpakował mnie na wagę, gadał cały czas z Pancią i Panciem, potrm wpakował mi igłę w żyłę i zabrał mi trochę krwi - to było do badań. W międzyczasie wpakował mi 3 igły - dwie koło kręgosłupa i jedną pod kolano, leżałem sobie i było to nawet bardzo przyjemne - czułem jak odzyskuję siły i ochotę do chodzenia. Analizy trwały 2 godziny, a ja sobie leżałem, dostałem jeszcze jakąś kroplówkę i zrobiło mi się bardzo błogo. Wyniki były rewelacyjne, doktor stwierdził, że mam krew jak u szczeniaka, trochę kłopotów z wątrobą, ale to już mój wiek. Pomieszał zioła, coś tam im naopowiadał i w końcu mogliśmy wracać. Kiedy stanąłem na cztery łapy poczułem się jak 10 lat młodszy i radośnie wybiegłem do samochodu. Szczęki im prawie opadły - musieli mnie prawie przynieść, a po chwili wybiegam merdając ogonem. Wiwat Chińczycy !
Codziennie dodawali mi jakieś napary do mojego żarcia, ale o dziwo smakowało lepiej i znowu zacząłem wyżerać do końca. Od kilku miesięcy śpię na dole i nie miałem siły i ochoty wspinać się do ich sypialni, po tej terapii dostałem takiego kopa, że zachciało się znowu wspinaczki. Pierwszego dnia usłyszeli moje pazurki i sprowadzili z powrotem na dół. Pozostało się przyczaić i czekać na ich nieuwagę. Po trzech dniach zapomnieli postawić płotka przy schodach - udawałem, że zasnąłem, a potem myk i na poduszeczkach (bez pazurków) na górę. Jak już byłem prawie na piętrze chyba nie mieli sumienia mnie znosić no i zostałem.
Przypomniały się dawne czasy, ale na wspięcie się do łóżka zabrakło mi już siły. Przez kolejne dni już mnie pilnowali i niestety spałem na dole.
Od pierwszej kuracji minął miesiąc i znowu mnie dopadło - łapy nie chcą mnie nosić, wszystko boli, nie chce się wychodzić ani jeść. Na szczęście zawiózł mnie Pancio na następne igiełki - może nie było to tak spekakularne jak za pierwszym razem, ale pomogło i znowu mogłem chodzić. Umówili się na następne zabiegi - i to właśnie, jak dobrze rachuję jest dzisiaj - leżę sobie, czekam i może w weekend pobiegamy?
Codziennie dodawali mi jakieś napary do mojego żarcia, ale o dziwo smakowało lepiej i znowu zacząłem wyżerać do końca. Od kilku miesięcy śpię na dole i nie miałem siły i ochoty wspinać się do ich sypialni, po tej terapii dostałem takiego kopa, że zachciało się znowu wspinaczki. Pierwszego dnia usłyszeli moje pazurki i sprowadzili z powrotem na dół. Pozostało się przyczaić i czekać na ich nieuwagę. Po trzech dniach zapomnieli postawić płotka przy schodach - udawałem, że zasnąłem, a potem myk i na poduszeczkach (bez pazurków) na górę. Jak już byłem prawie na piętrze chyba nie mieli sumienia mnie znosić no i zostałem.
Przypomniały się dawne czasy, ale na wspięcie się do łóżka zabrakło mi już siły. Przez kolejne dni już mnie pilnowali i niestety spałem na dole.
Od pierwszej kuracji minął miesiąc i znowu mnie dopadło - łapy nie chcą mnie nosić, wszystko boli, nie chce się wychodzić ani jeść. Na szczęście zawiózł mnie Pancio na następne igiełki - może nie było to tak spekakularne jak za pierwszym razem, ale pomogło i znowu mogłem chodzić. Umówili się na następne zabiegi - i to właśnie, jak dobrze rachuję jest dzisiaj - leżę sobie, czekam i może w weekend pobiegamy?
czwartek, 27 października 2011
wakacje
Leżę sobie teraz, w kościach mnie strzyka na zmianę pogody, muzyka dochodzi jak zza światów (jestem już trochę głuchy) i przypominam sobie te pierwsze wakacje - to było u Babci na działce w lesie - teren ogrodzony,ale na tyle duży,że mogłem się wybiegać i odkrywać nowości. Powoli przyzwyczajałem się do nowego otoczenia - Dzieci - Kinga i Adam byli ze mną cały czas, wyciągali siłą z domku na siku i kupę, Babcia bardziej surowa, też tego pilnowała. Więc wychodziliśmy poza działkę - trochę byłem skrępowany na smyczy, ale załatwiałem swoje potrzeby i poznawałem bardziej zewnętrzny świat. Było tam dużo przedstawicieli mojego gatunku i bardzo starałem się z nimi zaprzyjaźnić. Facet i Kobieta - dowiedziałem się, że to Pancio i Pancia pojawiali się czasami na dwa dni i równie skutecznie jak pozostali zajmowali sie moją Osobą. Po wielu próbach załatwiania moich potrzeb w domku, strasznych krzykach i lamentach, doszedłem do wniosku, że o wiele ciekawiej będzie załatwiać to na zewnątrz - przechytrzyłem ich - żeby załatwić moje potrzeby musieli wyprowadzić mnie poza działkę - tak więc zwiększyłem częstotliwość moich wyjść i kontaktów z innymi czworonogami. Byłem wtedy bardzo aktywny, kiedy Dzieci wychodziły musiałem zwracać na siebie uwagę gryząc leżące w moim zasięgu przedmioty (później dowiedziałem się, że były to gazety i ręczniki). Moje skuteczne zainteresowanie tymi przedmiotami przyciągało uwagę Dwunogów i zaczynali w końcu mną się zajmować. Wychodząc poza działkę mój niezawodny nos doprowadził mnie do wody - było to jezioro - prawdziwa frajda, nigdy nie mogłem się oprzeć aby choć na chwilę tam się dostać i popływać. Nauczyłem ich też mojej zabawy - rzucali mi różne przedmioty, a ja z radością je zbierałem - w końcu jestem (no może byłem) "retriever". Tak mi się rzewnie zrobiło od tych wspomnień, że chyba się zdrzemnę.
środa, 26 października 2011
pierwsze dni
Nie wiem czy "Dzieci" wymusiły dołączenie mnie do ich stada, ale współżyło nam się świetnie, na całym terenie była kolorowa trawa (potem dowiedziałem się że nazywa się "wykładzina" i "dywany") na którą z radością sikałem i nie tylko. Zabawa z dwoma małymi Dwunogami była wyśmienita, czasami zakładali mi coś na szyję i na sznurku wychodziliśmy gdzieś na zewnątrz, gdzie można było do woli pobiegać. To miejsce z "wykładzinami" i "dywanami" - nazywało się "mieszkanie", ale to nieistotne bo i tak mieliśmy tam długo nie przebywać. Po jakimś czasie znowu zapakowano mnie i małych Dwunogów do "samochodu" i wywieziono, jak się później dowiedziałem "na łono przyrody".
aktualna opinia
Każde dziecko marzy o… zwierzaku. I nie ważne, jaki miałby to być zwierz, ważne aby w ogóle był. Dzieci wiedzą, jak na rodzicach „wyprosić” taki prezencik, ale czy my – rodzice wiemy, z jaką odpowiedzialnością ów prezent się łączy?

Domowy pupil to nie tylko przyjemności, ale i obowiązki. Masa obowiązków, nie ma co ukrywać. Z psem trzeba na spacery wychodzić, po kocie kuwetę sprzątać, a po chomiku i śwince morskiej – klatkę lub akwarium. Trzeba dbać, aby zwierzę miało zawsze jedzenie i picie, bez tego przecież – ani rusz. Dlatego, jeśli nie chcemy, aby tego typu obowiązki doszły do naszej i tak już długiej listy „rzeczy do zrobienia” musimy się zastanowić, czy nasze dziecko podoła takim zadaniom. Czy jest na tyle odpowiedzialne i systematyczne, abyśmy mogli powierzyć mu opiekę nad niczego nieświadomym pupilem. No bo przecież, jeśli nasze dziecko się nie sprawdzi to co? Oddamy zwierzaka do schroniska? A może porzucimy samego, gdzieś w lesie? Nie tego nam zrobić nie wolno.
Jeśli uznamy natomiast, że nie mamy się o co martwić, kupujmy! Co, jak co, ale to właśnie zwierzęta uczą nas odpowiedzialności, której dziś tak bardzo nam wszystkim brakuje. Poza tym, czyż coś może równać się z oddaniem i wiernością naszego pupila?
Źródło: <a href="http://www.webshock.com.pl/pupil/">Pupil</a> - Mwodel

Domowy pupil to nie tylko przyjemności, ale i obowiązki. Masa obowiązków, nie ma co ukrywać. Z psem trzeba na spacery wychodzić, po kocie kuwetę sprzątać, a po chomiku i śwince morskiej – klatkę lub akwarium. Trzeba dbać, aby zwierzę miało zawsze jedzenie i picie, bez tego przecież – ani rusz. Dlatego, jeśli nie chcemy, aby tego typu obowiązki doszły do naszej i tak już długiej listy „rzeczy do zrobienia” musimy się zastanowić, czy nasze dziecko podoła takim zadaniom. Czy jest na tyle odpowiedzialne i systematyczne, abyśmy mogli powierzyć mu opiekę nad niczego nieświadomym pupilem. No bo przecież, jeśli nasze dziecko się nie sprawdzi to co? Oddamy zwierzaka do schroniska? A może porzucimy samego, gdzieś w lesie? Nie tego nam zrobić nie wolno.
Jeśli uznamy natomiast, że nie mamy się o co martwić, kupujmy! Co, jak co, ale to właśnie zwierzęta uczą nas odpowiedzialności, której dziś tak bardzo nam wszystkim brakuje. Poza tym, czyż coś może równać się z oddaniem i wiernością naszego pupila?
Źródło: <a href="http://www.webshock.com.pl/pupil/">Pupil</a> - Mwodel
Zaczynam
Imię - Carlos, rasa Labrador Retriever, wiek 14 i pół roku, mieszkam w Poznaniu
Szczęśliwie dożyłem sedziwego dla mnie wieku i odpoczywając pod schodami chciałbym Wam opowiedzieć koleje szczęśliwego życia. Urodziłem się w Niewierzu w Wielkopolsce, beztrosko dokazywałem z czwórką rodzeństwa, kiedy pewnej soboty przyjechała do moich właścicieli para ludzkich prawie czterdziestolatków i zaczęła nam się przyglądać. Moje rodzeństwo było bardzo niefrasobliwe, dokazywało i bawiło się, chcąc się przypodobać nowo przybyłym Ludziom. Wydaje mi się, że byłem bardziej dojrzały i nieufny, trzymałem się wiec z rezerwą z boku. Nie wiem dlaczego tych dwóch Dwunożnych zwróciło na mnie uwagę. Kobieta (wyglądała na bardziej odpowiedzialną) zwróciła na mnie uwagę - zapytała właścicielki i wzięła mnie na ręce (wtedy raczej wolałem futro mamy, ale było to miłe doświadczenie). Po krótkiej chwili pieszczot, wniosek był natychmiastowy - ten i tylko ten. Facet załatwił coś z właścicielką (widziałem jak daje jej jakieś kolorowe karteczki), wzięli kilka kartek i bez własnej woli zostałem zapakowany razem z nimi do białej klatki (potem dowiedziałem się, że nazywa się samochodem) i zaczęliśmy się przemieszczać w nieznanym kierunku.
Gdy się zatrzymaliśmy na rękach zostałem wniesiony w jakieś nieznane miejsce, gdzie czekała dwójka mniejszych Dwunożnych - zachowywali się jakby na mnie czekali (chociaż potem dowiedziałem się, że była to niespodzianka). Od razu wzięli mnie w obroty - zabawa była przednia, chyba nawet lepsza niż z rodzeństwem. Potem dowiedziałem się, że wcale nie mieli zamiaru kupować psa, pojechali tylko obejrzeć "żółtego psa - labradora", jakiego widzieli w jakimś amerykańskim filmie. Kobietę jednak tak zafascynowała moja osobowość, że nie pozwoliła Facetowi odjechać. I tak do nich trafiłem w lipcu 1977 roku (oczywiście sam cyferek nie kumam, ale podawał je Facet więc zapamiętałem).
Szczęśliwie dożyłem sedziwego dla mnie wieku i odpoczywając pod schodami chciałbym Wam opowiedzieć koleje szczęśliwego życia. Urodziłem się w Niewierzu w Wielkopolsce, beztrosko dokazywałem z czwórką rodzeństwa, kiedy pewnej soboty przyjechała do moich właścicieli para ludzkich prawie czterdziestolatków i zaczęła nam się przyglądać. Moje rodzeństwo było bardzo niefrasobliwe, dokazywało i bawiło się, chcąc się przypodobać nowo przybyłym Ludziom. Wydaje mi się, że byłem bardziej dojrzały i nieufny, trzymałem się wiec z rezerwą z boku. Nie wiem dlaczego tych dwóch Dwunożnych zwróciło na mnie uwagę. Kobieta (wyglądała na bardziej odpowiedzialną) zwróciła na mnie uwagę - zapytała właścicielki i wzięła mnie na ręce (wtedy raczej wolałem futro mamy, ale było to miłe doświadczenie). Po krótkiej chwili pieszczot, wniosek był natychmiastowy - ten i tylko ten. Facet załatwił coś z właścicielką (widziałem jak daje jej jakieś kolorowe karteczki), wzięli kilka kartek i bez własnej woli zostałem zapakowany razem z nimi do białej klatki (potem dowiedziałem się, że nazywa się samochodem) i zaczęliśmy się przemieszczać w nieznanym kierunku.
Gdy się zatrzymaliśmy na rękach zostałem wniesiony w jakieś nieznane miejsce, gdzie czekała dwójka mniejszych Dwunożnych - zachowywali się jakby na mnie czekali (chociaż potem dowiedziałem się, że była to niespodzianka). Od razu wzięli mnie w obroty - zabawa była przednia, chyba nawet lepsza niż z rodzeństwem. Potem dowiedziałem się, że wcale nie mieli zamiaru kupować psa, pojechali tylko obejrzeć "żółtego psa - labradora", jakiego widzieli w jakimś amerykańskim filmie. Kobietę jednak tak zafascynowała moja osobowość, że nie pozwoliła Facetowi odjechać. I tak do nich trafiłem w lipcu 1977 roku (oczywiście sam cyferek nie kumam, ale podawał je Facet więc zapamiętałem).
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)