czwartek, 27 października 2011

wakacje

Leżę sobie teraz, w kościach mnie strzyka na zmianę pogody, muzyka dochodzi jak zza światów (jestem już trochę głuchy) i przypominam sobie te pierwsze wakacje - to było u Babci na działce w lesie - teren ogrodzony,ale na tyle duży,że mogłem się wybiegać i odkrywać nowości. Powoli przyzwyczajałem się do nowego otoczenia - Dzieci - Kinga i Adam byli ze mną cały czas, wyciągali siłą z domku na siku i kupę, Babcia bardziej surowa, też tego pilnowała. Więc wychodziliśmy poza działkę - trochę byłem skrępowany na smyczy, ale załatwiałem swoje potrzeby i poznawałem bardziej zewnętrzny świat. Było tam dużo przedstawicieli mojego gatunku i bardzo starałem się z nimi zaprzyjaźnić. Facet i Kobieta - dowiedziałem się, że to Pancio i Pancia pojawiali się czasami na dwa dni i równie skutecznie jak pozostali zajmowali sie moją Osobą. Po wielu próbach załatwiania moich potrzeb w domku, strasznych krzykach i lamentach, doszedłem do wniosku, że o wiele ciekawiej będzie załatwiać to na zewnątrz - przechytrzyłem ich - żeby załatwić moje potrzeby musieli wyprowadzić mnie poza działkę - tak więc zwiększyłem częstotliwość moich wyjść i kontaktów z innymi czworonogami. Byłem wtedy bardzo aktywny, kiedy Dzieci wychodziły musiałem zwracać na siebie uwagę gryząc leżące w moim zasięgu przedmioty (później dowiedziałem się, że były to gazety i ręczniki). Moje skuteczne zainteresowanie tymi przedmiotami przyciągało uwagę Dwunogów i zaczynali w końcu mną się zajmować. Wychodząc poza działkę mój niezawodny nos doprowadził mnie do wody - było to jezioro - prawdziwa frajda, nigdy nie mogłem się oprzeć aby choć na chwilę tam się dostać i popływać. Nauczyłem ich też mojej zabawy - rzucali mi różne przedmioty, a ja z radością je zbierałem - w końcu jestem (no może byłem) "retriever". Tak mi się rzewnie zrobiło od tych wspomnień, że chyba się zdrzemnę.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz